Apetyt na POLSKOŚĆ, czyli ‚jak się masz’?

0
162

Wejście do Unii Europejskiej w 2004 roku ożywiło w Polakach chęć do podróży zagranicznych. I to nie tylko tych w celach zarobkowych, ale również i wypoczynkowych. Polska, będąca wcześniej cichym zakątkiem Europy, którym ?wielki świat” mało się interesował, stała się dużo bardziej rozpoznawalna, a to obudziło w innych społeczeństwach apetyt na poznanie naszej kuchni, kultury i języka. Sławne wśród obcokrajowców pytanie po polsku „jak się masz” obiegło już spory kawał globu.

          Kiedy podróżowałem po Egipcie, niemal w każdej jego części mieszkańcy chwalili się wobec turystów opanowanymi zwrotami: „mucha, mucha, karalucha”, „cześć kochanie”, „dzień dobry” oraz wspomniane już, najbardziej powszechne „jak się masz?”. Często wymieniano też nazwiska sławnych Polaków: Małysz, Kubica, Wałęsa i Kwaśniewski. Co ciekawe, kilkunastu spotkanych przeze mnie Egipcjan niemal bezbłędnie używało języka polskiego, którego znajomość przynosi im obecnie często dużo większe zyski z pracy, niż gdyby władali jedynie j. angielskim, stosowanym powszechnie przez dużą część ludności w komunikowaniu się z obcokrajowcami. Muszę przyznać, iż byłem pod dużym wrażeniem słysząc nasz rodzimy język w ustach ciemnoskórych miejscowych.

          Na tym jednak nie koniec. Na plaży przy hotelu, w którym wówczas mieszkałem, poznałem grupę turystów, z którymi rozmawiałem dobrych kilkanaście minut. Przynajmniej z nimi mogłem zamienić parę słów bez konieczności użycia angielskiego. W pewnym momencie, jeden z nich, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, powiedział, iż jest Włochem. Chwilę potem dodał, iż języka polskiego uczy się od sześciu lat na prywatnych lekcjach. Przyczyna jego pilnej nauki była jednak zrozumiała – zakochał się w Polce i chciał zaimponować jej rodzinie. Obawiał się, że mógłby zostać szybko wyalienowany w obcym mu społeczeństwie, mówiącym dziwnym i niezrozumiałym dla niego językiem.

          Pół roku później, wyjeżdżając do Wielkiej Brytanii, nie podejrzewałbym, że spotkam się ze zjawiskiem znacznie bardziej wyrazistym. Otóż spacerując po ulicach wielu miast na Wyspach, bardzo często można usłyszeć język polski. Nie brak też reklam, które wprost odnoszą się do naszego narodu. Jedna z linii lotniczych oferuje na swych billboardach tanie przeloty do miast nad Wisłą. Za to największe banki już od dawna toczą walkę o przybyszów z naszego kraju. Gdy odwiedziłem jeden z nich, dostałem do ręki kilkustronicowy opis wszystkich rodzajów oferowanych kont bankowych w języku… polskim. A nawet tam, gdzie znajdowały się napisy po angielsku, ilustracje przy nich obrazowały klientów-Polaków, trzymających książeczki z napisem „paszport”, w którym wpisane imię brzmiało „Renata”, lub też dowód osobisty z umieszczonym tekstem „narodowość: polska”

           Także w supermarketach można bez wysiłku znaleźć wiele rodzajów rodzimych produktów spożywczych. Dobrym przykładem jest „chleb polski”, chętnie kupowany przez wyspiarzy z powodu znacznie lepszego smaku niż miejscowe pieczywo. Również piwo znad Wisły cieszy się dużą popularnością. W niektórych sklepach samoobsługowych można spotkać całe regały wyrobów wyłącznie polskich, a zainteresowanie nimi jest z całą pewnością niemałe. Ale na konsumpcji produktów spożywczych się nie kończy. W bibliotekach nawet niewielkich miasteczek, takich jak choćby Basildon, w którym mieszkałem, wyeksponowanych jest około kilkudziesięciu pozycji książkowych w naszym języku, głównie lektur szkolnych. Będąc w takim miejscu, bez problemu znalazłem płyty CD przeznaczone dla Anglików uczących się polskiego.

          Wszystkie te czynniki prowadzą do coraz to większego umacniania się pozycji Polaków na Wyspach. Dając przykład: zarabiający w Wielkiej Brytanii Polak „ściąga” do swojej pracy znajomych i rodzinę, czyli stara się, aby wszelkie wolne posady w danej firmie zostały zajęte przez jego bliskich. Gdy osiąga awans, sam zaczyna decydować o tym, kogo zatrudnić i wtedy oczywiście woli dać pracę rodakom niż obcym mu Anglikom. Zjawisko to wydaje się na tyle widoczne, iż nie trudno znaleźć przykłady potwierdzające tę tezę. Zupełnym przypadkiem miałem przyjemność poznać Tomasza Olesińskiego, który pracując w firmie InHealth Corporation, zajmuje się nadzorem kontroli jakości wody. Jak sam powiedział, woli „obstawiać się Polakami, bo z nimi dobrze się współpracuje”.

          Anglicy, chwaląc się często swoim polskim pochodzeniem, w niczym nie przypominają Francuzów, nastawionych bardzo patriotycznie. Powszechna opinia głosi, że ci ostatni trzymają w sercu głęboką urazę do Wysp, dlatego też znaczna większość mieszkańców tego kraju nie lubi uczyć się języka angielskiego. A to jest już pewnego rodzaju zapora dla naszych emigrantów, których lwia część nie potrafi mówić po francusku. Ci zaś z Polaków, którzy w zamierzchłych czasach osiedlili się tam na stałe, często zapodziali gdzieś w pamięci swą narodowość, a swych potomków wychowali na młodych Francuzów. Osobiście przekonałem się o tym, poznając ludzi w podobnej sytuacji, mieszkających na stałe w Paryżu. Być może dlatego też stolica Francji, będąca niegdyś kierunkiem polskiej emigracji, stanowi teraz znacznie mniejszy ośrodek polonijny niż Londyn.

          Pomimo drobnych potknięć, pozycja III RP w świecie wciąż rośnie, a my stajemy się bogatsi i coraz bardziej wpływowi. Dzięki otoczeniu przez małe i średnie państwa, nasz kraj stał się reprezentantem Europy Środkowo-Wschodniej, Polacy zaś głównymi przedstawicielami tej części świata. Mniej liczne mniejszości na kontynencie będą chętniej identyfikować się z Polonią, niż z ludnością Wielkiej Brytanii bądź Niemiec. Nie znajdując więc za granicą swych rodaków, będą starać się utożsamiać z bliższymi im językowo i etnicznie Polakami. To zaś może szybko spowodować masową chęć nauki naszego języka w sąsiednich krajach. Sam miałem okazję poznać Czecha, który nauczył się polskiego tylko po to, by nie zostać wyalienowanym w miejscu pracy w Londynie, gdzie większość stanowili Polacy.

          Chcąc, nie chcąc, nieformalnie spełni się zapowiadana przez Józefa Piłsudskiego koncepcja Międzymorza – wielokulturowego związku państw między morzami: Adriatyckim, Bałtyckim i Czarnym. Rolę lidera w takim niepisanym układzie mogłaby pełnić właśnie Polska, potrzeba by jej było jednak mądrego i rozsądnego przywództwa, o które trudno w dzisiejszych czasach.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDiabeł nie śpi
Następny artykułSpóźniona prawica, znikoma lewica
Paweł Rogaliński

Paweł Rogaliński jest politologiem, filologiem, rzecznikiem prasowym organizacji pozarządowej oraz twórcą Przeglądu Dziennikarskiego. Od 2015 roku należy do prestiżowej grupy Światowych Odpowiedzialnych Liderów Fundacji BMW Stiftung Herbert Quandt. Za swoje osiągnięcia nagradzany na całym świecie, m.in. w Londynie, Berlinie, Rio de Janeiro, Warszawie, Brukseli i Strasburgu. Ukończył następujące kierunki studiów na Uniwersytecie Łódzkim: stosunki międzynarodowe: nauki polityczne, zarządzanie oraz filologię angielską, osiągając przy tym ogólnokrajowe sukcesy naukowe (m.in. Studencki Nobel). Obecnie przygotowuje rozprawę doktorską w Londynie poświęconą popularności politycznej w krajach anglojęzycznych. Jego ostatnia książka pt. „Jak politycy nami manipulują. Zakazane techniki” (Wydawnictwo Sorus, Poznań 2013) z powodu dużej popularności doczekała się dodruku już w kilka miesięcy po wydaniu. Więcej na stronie oficjalnej: www.rogalinski.eu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here