Ameryka Łacińska. „Ucinanie głów jest na porządku dziennym”

0
184

Każdy ma swoich idoli. Muszę przyznać, że ja mam ich bardzo wielu (Moi Rodzice, Albert Einstein, Fryderyk Chopin, John Coltrane, Charlie Parker, Miles Davis, Maria Skłodowska, John Lennon, Jan Paweł II, Lech Wałęsa i wielu, wielu innych).

Przeczytaj pierwszą część wpisu: http://przegladdziennikarski.pl/doktryna-leninowska-mowi-ze-wladzy-raz-zdobytej-nie-wolno-oddac/

[Zaprezentowany fragment tekstu pochodzi z rozdziału „Komuna kontratakuje” książki Stanisława Raczyńskiego pt. „Kraków, Moskwa i Meksyk”, Szczecin 2013].

Co do Wałęsy, jestem świadom jego wad i zalet, nie przeszkadza mi to jednak uznawać go za mojego idola. Gdy czasem ktoś z naszych gości zaczyna opowiadać coś złośliwego o Lechu, mówimy grzecznie:

Przepraszamy, ale w naszym domu żaden kretyn nie będzie się wyśmiewał z Lecha Wałęsy.

Zwykle działa.

Ludzie mają różnych idoli. Nie wiem, od czego to zależy, ale czasem są to osoby dość dziwne, które nie reprezentują nic, a stały się sławne lub bogate przez przypadek. Tak jest po części ze ś.p. księżniczką Diana. Przyznam się, że choć nie jest ona moim idolem (idolką?), to szanuję ją bardzo za wiele rzeczy, które zrobiła albo usiłowała zrobić. To była osoba inteligentna, piękna i bardzo dobra. Szkoda tylko, że wychodząc za mąż, trafiła do tak przeciętnej i nieciekawej rodziny.

To wszystko, co piszę, może komuś wydawać się zabawne albo przesadzone. Tak jednak nie jest. Powszechnie wiadomo, że walka o władzę toczy się po trupach. W systemie komunistycznym było to bardzo proste: rządził ten, kto zdołał w odpowiednim czasie wymordować potencjalnych konkurentów. W innych systemach nie jest to tak jaskrawo widoczne. Mogłoby się wydawać, że jeżeli gdzieś jest prawdziwa demokracja, władzę zdobywa się na podstawie liczby głosów. To jednak kryje w sobie pewne niebezpieczeństwa. Tak na przykład, niedawno w pewnym dużym mieście Dakralu (powiedzmy, mieście X) tłum zlinczował trzech tajnych policjantów, którzy wykonywali swoją codzienną pracę, wywiad w sprawach narkotyków. Cały lincz, trwający kilka godzin, w którym zamordowano tych ludzi, w sposób bestialski paląc ich na końcu żywcem, transmitowała telewizja ze swojego helikoptera. Szef Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego miasta X, któremu podlegała policja, nie zrobił nic, aby zapobiec morderstwu. Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny: to było przed wyborami. Policzył, ile głosów reprezentują linczowani (dokładnie trzy) i ile głosów może dać mu tłum (kilkaset, może tysiąc).

Bez komentarzy, niech żyje demokracja! (Bardzo możliwe, że ten pan będzie kandydatem na prezydenta).

Komentując lincz, pewien przygłup (AE.), który był wówczas zastępcą burmistrza (szefa rządu) stolicy kraju, a teraz kandyduje na gubernatora dużego stanu, powiedział, że mieszkańcy tej dzielnicy, która leży na przedmieściach, mają swoje zwyczaje, sugerując, że to usprawiedliwia morderstwo. To określenie (usos y costumbres) jest używane w odniesieniu do tubylców pochodzenia indiańskiego w odległych wsiach, gdzie ludzie rządzą się według swoich pradawnych zwyczajów i tradycji. Nie wydaje mi się, aby to usprawiedliwiało bestialskie morderstwo.

Jeden z senatorów z pewnej partii prawicowej słusznie nazwał publicznie pana A.E. „imbecyl”, co zresztą nie przeszkodziło mu (A.E., nie senatorowi) awansować w jego karierze politycznej. Nie przypominam sobie, aby jakakolwiek organizacja, która uważa, że
broni praw człowieka w tym kraju albo w krajach pobliskich, zajęła stanowisko w sprawie linczu. Reakcja, a właściwie brak reakcji ze strony tych grup, jest pożałowania godna. „Walczą” one o likwidację kary śmierci w USA i w krajach bardzo odległych, ale nigdy nie wyrażają swej opinii o poniżeniu i braku jakichkolwiek praw człowieka na Kubie.

Podobnie dzieje się w Europie. Kiedy jakiś kacyk kubański przemawia na temat imperializmu amerykańskiego i nieopisanego szczęścia, jakiego doznają mieszkańcy Kuby, słuchacze przyklaskują mu zawzięcie. Nikt jednak nie zapyta, ile czasu potrzebuje rząd Kuby, aby „legalnie” zabić obywatela. Jeżeli ktoś tego nie wie, to wyjaśniam: DWA DNI. Proces kilku uciekinierów, którzy chcieli dopłynąć do USA, ale zostali złapani przez patrol kubańskiej marynarki, trwał dwa dni i zakończył się jak było do przewidzenia – karą śmierci, którą wykonano niezwłocznie.

Dla porównania: w USA na karę śmieci skazuje się zbrodniarzy, którzy zabili jedną albo więcej ofiar, i na ogół przyznali się do tego. Proces trwa kilka, a czasem kilkanaście lat. Oczywiście, że kara śmierci powinna być zniesiona na całym świecie, zaczynając od Kuby. Ale tam jest komuna, co oznacza, że rząd może zabić każdego, kto jest zakwalifikowany jako „wróg rewolucji”. Oczywiście na Kubie nie istnieje żadna organizacja praw człowieka. Jest to logiczne, bo jak można zajmować się czymś, co nie istnieje?

Osobiście muszę przyznać, że rzygać mi się chce (przepraszam za wyrażenie, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy) na widok podwójnej moralności instytucji praw człowieka w Ameryce Łacińskiej i w Europie. W Dakralu nikt z tych kręgów nie powie nic, co mogłoby w najmniejszym stopniu urazić władze kubańskie, może natomiast opluwać własnego prezydenta.

Jeśli chodzi o Europę, to znane są protesty i manifestacje, które odbywały się w czasie wizyt dwóch poprzednich prezydentów Dakralu. Zwykle grupa ignorantów i idiotów wykrzykuje slogany na temat represji rządowych. Mam jednak pytanie: czy jest na świecie
kraj, którego rząd mógłby sobie pozwolić na utratę kontroli nad jednym ze stanów albo prowincji? A tak jest w Dakralu. Duża część jednego ze stanów jest kontrolowana przez zbrojne ugrupowanie, które już w 1994 roku wypowiedziało formalnie wojnę Dakralowi. Jest 2007, sytuacja bez zmian.

Szef Wydziału Bezpieczeństwa miasta X, o którym już wspomniałem, mówiąc o niedawnym linczu, popisał się zresztą potem wielokrotnie, będąc już burmistrzem miasta.

Niedawno (2007) policja przeprowadziła akcję antynarkotykową w jednej z dyskotek. To duża dyskoteka, młodzież, dużo dzieci (małolatów), które przyszły się zabawić. Oczywiście w takich miejscach często szukają klientów sprzedawcy ziółek i różnych proszków. Akcja policji była prawdziwą tragedią. W przeludnionej sali dyskoteki zapanowała panika, policja wkroczyła, waląc pałami młodych ludzi. Wywiązała się ogólna bijatyka; ci, którzy chcieli wyjść, zaczęli się nawzajem tratować, było dwanaścioro zabitych, o ile pamiętam, też dwóch policjantów. Aresztowano kilkaset osób.

Jakby było mało, w czasie przesłuchania jakiś policyjny lekarz zboczeniec kazał się rozebrać przesłuchiwanym dziewczynom. Potem zamknięto kilku policjantów, pewnie już są na wolności. Wszyscy pytali, jak to było możliwe w mieście poniekąd cywilizowanym? (…)

Co do ignorancji, najlepszym jej przykładem jest portret Stalina, który często zobaczyć można w czasie demonstracji grup lewicowych w Dakralu. Tu ludzie po prostu nie wiedzą, że, wbrew powszechnemu mniemaniu, Stalin był największym mordercą dwudziestego wieku (pobił pod tym względem Hitlera). Jeżeli kiedyś komuna zawładnie światem, może uda mi się już tego nie dożyć.

To tak, jak w czeskim dowcipie. Po przemówieniu na temat świetlanej przyszłości komunizmu, który ma wkrótce nastąpić, zachęcono słuchaczy do dyskusji. Nikt nie chciał się odezwać, aż wreszcie jakiś dziadek wstał i powiedział drżącym głosem:

A ja się nie boję, ja mam raka!

***

I znowu przeleciało parę lat, jest 2009.

Niektóre rządy próbują walczyć z mafią, ale mają znikome poparcie społeczeństwa. Ostatnio przechwycono narkotykową łódź podwodną, pełną kokainy. Przemycano narkotyki tunelami podziemnymi, samolotami, balonami, pokazano też odkrytą niedawno katapultę, która służyła do przerzucania (dosłownie) narkotyków przez granicę. Myślę, że te akcje rządu jednak osłabiają mafię. Najlepszy dowód, że przestępcy zaczęli mordować na oślep: często atakują posterunki policji lub wojska. Robi się trochę gorąco. W modzie jest ucinanie głów. Zaczęło się od tego, że nieopodal lotniska w stolicy Dakralu znaleziono dwie ludzkie głowy. Po kilku dniach w innym miejscu miasta odkryto dwa ciała ludzkie bez głów. Policja podała do wiadomości, że jest znaczny postęp w dochodzeniu, ponieważ uważa się, że te dwie głowy kiedyś należały do ś.p. posiadaczy znalezionych ciał. Podzielam ten pogląd.

Teraz co pewien czas znajdują głowy bez ciał albo ciała bez głów. Nie bardzo rozumiem motywy, jakie kierują obcinaczami. Przecież jeśli komuś ucina się głowę, już i tak zapewne jest martwy. A odciąć głowę od ciała nie jest tak łatwo, jeżeli nie ma się gilotyny albo podobnych narzędzi.

W 2005 słynny stał się pewien facet, któremu nadano pseudonim „Posolero”. Pisząc o potrawach, wspomniałem też o zupie posole, stąd też wziął się pseudonim. Ten facet zajmował się rozpuszczaniem ciał, które mu przywożono, w jakimś kwasie. W ten sposób ślad po zgładzonych konkurentach z walczących między sobą grup przestępczych znikał skutecznie. To nie była jakaś robota „chałupnicza” ani amatorska. „Posolem” robił to w basenie, gdzie rozpuścił około dwustu ciał. Po jego aresztowaniu okazało się, że nie można mu wiele zarzucić. On nikogo nie zabił, pracował, jak każdy rzemieślnik, na zamówienie. Dostał jakiś niewielki wyrok za łamanie przepisów administracyjnych i sanitarnych, dotyczących procedur pogrzebowych.

Walka z mafią to nie jedyny problem Dakralu. Ministerstwo Oświaty rozpoczęło nową kampanię „Akcja dla poprawy jakości nauczania”. Brzmi logicznie, zdawałoby się, że wszyscy przyklasną tej idei. Wszyscy oprócz nauczycieli. Ci ostatni wszczęli strajk, zostawiając tysiące dzieci bez zajęć szkolnych przez kilka miesięcy. To zresztą nie pierwszy tego rodzaju strajk. Trzeba przyznać, że zarobki nauczycieli są głodowe i od dziesiątków lat oświata była na ostatnim miejscu w skali ważności celów rządowych. Ale teraz nie chodzi o zarobki.

Okazuje się, że system werbowania nauczycieli i stosunki w szkolnictwie to zupełne pomieszanie z poplątaniem. Posadę w szkole można kupić (nie tylko zresztą w szkole), odziedziczyć po ojcu lub matce albo dostać na podstawie rekomendacji kogoś ze związku zawodowego. Prawo do takiej rekomendacji mają ci, którzy uzbierali pewną ilość punktów. Punkty z kolei dostaje się uczestnicząc w akcjach i demonstracjach ulicznych partii (…).

Ale to nie wszystko. Związek zawodowy otrzymał od poprzednich administracji wiele absurdalnych przywilejów. Jednym z nich jest prawo do dziedziczenia posady w szkole. Jeżeli nauczyciel odchodzi na emeryturę, jego dziecko, wnuk albo pociotek dziedziczy po nim posadę. Nieważne, czy umie czytać i pisać. Próba zniesienia tego przywileju wzbudziła energiczny protest, dzieci nie miały lekcji przez kilka miesięcy. Nie wiadomo, czy rząd przeprowadzi swoją znienawidzona reformę do końca.

Protesty nauczycieli wzbudziły moje zainteresowanie: przecież ja też przejdę na emeryturę w tym roku (2009). Na ostatnim zebraniu profesorów naszego Wydziału Inżynierii mój szef podał do wiadomości, że niedługo odejdę z uniwersytetu. Poprosiłem o głos: – Wiedząc o żądaniach nauczycieli w Dakralu, chciałbym zapytać, czy mój syn może odziedziczyć po mnie posadę profesora. On wprawdzie nie wie, co to inżynieria, ale to przecież mój synek i dobre dziecko (trzydzieści cztery lata).

Wzbudziło to ogólną wesołość, poradzono mi, abym zaczął strajk głodowy. Nie bardzo mi to odpowiada, może przynajmniej ogłoszę bojkot kawiarni uniwersyteckiej (kawę mogę sobie robić w moim gabinecie albo prosić sekretarkę, aby mi ja przynosiła). Myślę jednak, że Krzysio nie będzie profesorem na Universidad Panamericana. (…)

Są W historii świata pewne prawidłowości, które sprawiają, że wielkie imperia muszą wcześniej czy później upaść. USA to nie imperium rzymskie, otomańskie ani sowieckie, ma jednak pewne cechy tych strasznych tworów. Może to już początek końca? Ja jednak myślę, że nie. Ostatni kryzys światowy (2008-2009) nastąpił, ponieważ instytucje, które padły, były po prostu za duże, aby można je było kontrolować. To tak jak balon, który ktoś nadmuchuje, nie zdając sobie sprawy, że w końcu musi pęknąć. Konkretnie mówiąc, eksperci finansowi, dyrektorzy wielkich korporacji i politycy wykazali niewiarygodną ignorancję w dziedzinie dynamiki systemów. A przecież ta dziedzina rozwinęła się dobrze na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat i metody symulacji systemów mogłyby pomóc we wcześniejszej diagnozie. Poza tym ten kryzys to załamanie systemu finansowego. Co to oznacza? Po prostu nie ma pieniędzy na pożyczki i nie ma kapitału, który jest niezbędny do
normalnego funkcjonowania przemysłu. Nawet kraje dogorywającej komuny, które żyją z pracy niewolniczej, ucierpiały.

Ale co to są pieniądze? Niektórzy mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, ale kto powiedział, że chcemy być szczęśliwi? Tak naprawdę to są kawałki papieru lub plastyku, na których coś jest napisane, jest jakaś liczba i portret jakiegoś faceta. Nie reprezentują nic więcej, niż ilość ludzkiej pracy, która została wykonana kiedyś w przeszłości. Ale to też nie jest takie pewne. Wiadomo, że pieniądze nie zawsze (a może raczej: rzadko) zdobywa się pracą. Spekulacja na giełdzie, łapówki, oszustwa, kradzieże i rabunki są tego najlepszym przykładem. Co więcej, doszło do powtórzenia sytuacji z lat dwudziestych. Jedyna różnica to to, że wtedy bank miał pieniądze tylko w księgach i rejestrach swoich dłużników, a teraz były onew komputerach, czyli tak naprawdę nie istniały. Musiało w końcu pęknąć. Pocieszające jest, że większość ludzi jednak pracuje, coś się produkuje i coś się sprzedaje. Niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Praca to jeden, ale nie najlepszy sposób zdobywania pieniędzy. Ma ona jednak pewne niedogodności. Po pierwsze męczy, po drugie zajmuje cały dzień i nie można nic pożytecznego zrobić. Ci, którzy nie pracują, mają czas na to, aby się wzbogacić.

Ostatnio znaleziono 200 000 000 (słownie: dwieście milionów) dolarów w domu pewnego faceta, chińskiego pochodzenia, w Mieście Meksyk. Czy ten człowiek kiedyś pracował? Myślę, że nie: zajmował się gromadzeniem dolarów, które otrzymywał z handlu amfetaminą, surowcem służącym do wyrobu syntetycznych narkotyków. Sprawa się zresztą komplikuje. Mex-Chińczyka aresztowano w USA, dokąd uciekł z Meksyku. Mówią, że to wcale nie jest pewne, że te dolary były z przemytu amfetaminy, a raczej należały do jednego z wodzów pewnej partii. Były potrzebne, bo przecież spontaniczne manifestacje uliczne kosztują, ludzi trzeba przywieźć na miejsce, nakarmić i dobrze im zapłacić, aby popierali wodza.

Te dwadzieścia siedem lat w Meksyku to kawał czasu. Jak to szybko przeleciało!

Dzieci się usamodzielniły, choć stale mam wyrzuty sumienia, że na skutek mojej decyzji ich życie ułożyło się tu, a nie w Polsce. To, że są w Meksyku, ma dla nich dobre i złe strony: w przypadku Krzysia stawia go w sytuacji uprzywilejowanej: jest biały, przystojny, zresztą i tak jest dobrym aktorem. Agnieszka radzi sobie dobrze, ma już swoją rodzinę. Krysia zaczęła pracować i dobrze jej idzie, choć ma kłopoty ze zdrowiem. A ja? Tak właściwie, to co to kogo obchodzi? Nie wiem, czy w Polsce czułbym się lepiej, czy gorzej. Oczywiście jestem coraz bardziej samotny, ale w tym wieku to zupełnie normalne. Przyjaciele? Znajomi? Owszem, są, nieliczni. Na ogół odwiedzają nas ludzie (może równie zagubieni), którzy opowiadają o swoich problemach i osiągnięciach i zawsze o sobie. Nikt z nich nigdy nie zapyta mnie, czy przypadkiem nie mam moich własnych problemów i spraw. Wysłuchuję cierpliwie, dopóki nie wypije się zbyt dużo alkoholu. Może jestem źle wychowany, ale nie znoszę pijackich wrzasków i nigdy nie pozwalam na nie w moim domu. Po prostu grzecznie i stanowczo wypraszam towarzystwo.

(…)

Ja mam swoje przepowiednie. Nie chcę się chwalić, ale to wszystko, co przepowiadałem do tej pory, sprawdziło się dokładnie, zwłaszcza zapowiedź upadku komuny i ZSRR (wtedy, w 1980, nikt mi nie wierzył).

Otóż ja uważam, że terroryści arabscy wkrótce będą mieli bombę atomową, o ile już jej nie mają. Nie będą potrzebowali rakiet z głowicami nuklearnymi, ponieważ bombę można spokojnie przewieźć małą łódką rybacką, a potem na rowerze z bagażnikiem do jakiegokolwiek miejsca w USA lub w Europie. Jeżeli podłożą ją w Nowym Jorku, odwet amerykański będzie straszny i globalny. Bomby nuklearne spadną na wszystkie miasta arabskie jak Bagdad, Teheran, Kair, Damaszek, Islamabad i inne, które znikną z powierzchni ziemi. Po krajach arabskich zostanie tylko pustynia i kilka wielbłądów. Reszta ludności wymrze od promieniowania.

Chmury radioaktywne i całe promieniowanie pójdą na Europę, a skutki będą podobne do tragedii czarnobylskiej, ale na większą skalę. Prawdopodobnie jedna lub więcej rakiet trochę zboczy, nad Moskwę i Petersburg, na wszelki wypadek. W Europie nastąpią znaczne zmiany polityczne. Unia Europejska sprzeda Polskę Niemcom, Francuzi i Hiszpanie uciekną do Ameryki Łacińskiej. Na swoim miejscu pozostaną tylko Anglicy ze swoją królową na niewzruszonym tronie. Na Kubie pozostanie nienaruszona dynastia Castro, która powoli przekształci wyspę w cesarstwo. Amerykanie wybiorą na prezydenta jednego z synów Osamy Bin Ladena.

Co do Azji, to w Chinach powróci ortodoksyjny komunizm i nastanie druga rewolucja kulturalna, w czasie której wymrą z głodu wszyscy obywatele tego kraju (w poprzedniej umarło tylko trzydzieści milionów). W Dakralu prezydentem zostanie szef któregoś z karteli przestępczych, faszysta, który zastrzelił swojego brata, lub pajac, który zabił swoją żonę.

***

Żadna z osób, które mnie nie znają bliżej, nie wierzy, że już mam siedemdziesiąt dwa lata. Ale tak niestety jest, trzeba myśleć o następnym etapie. Zapowiadałem, że nie będę pisał o moich dolegliwościach. Zrobię jednak wyjątek: dwa tygodnie temu miałem zawał. Taki normalny, karetka, kilka dni w szpitalu, powsadzali mi jakieś baloniki do serca, jest OK. Piszę o tym, bo zdziwiło mnie, że w kilka dni po wypisaniu ze szpitala dostałem przesyłkę e-mail na adres, który podałem, gdy mnie przyjmowali. Była to oferta wysłana przez duże przedsiębiorstwo pogrzebowe. Adres na pewno przeciekł ze szpitala. Czy oni uważają, że po ich zabiegach trzeba sobie kupić trumnę? Niezbyt to pocieszające, a i nie najlepsza reklama dla szpitala.

Kupiliśmy sobie kryptę w nowym kościele, nieopodal wielkiego centrum komercjalnego. Może ktoś kiedyś nas tam odwiedzi, gdy się przeprowadzimy. A przedtem myślałem, że mnie pochowają w normalnej trumnie, w ziemi. Nawet zapowiedziałem, że chcę w trumnie mieć zainstalowany internet, i żeby z nagrobka był ładny widok na wulkan Ajusco albo na Popocatepetl. Ale dobra i krypta. Kościół jest wprawdzie nowoczesny i jego architektura przypomina bardziej platformę startową rakiet kosmicznych (wyrzutnia do nieba?) niż normalny kościół, ale miejsce na kryptę dobre: są tam wąskie korytarze i zakamarki, w których będzie można straszyć w nocy. Poproszę o umieszczenie napisu „Wizyty po 12.00 w nocy”. Poproszę też, aby mi zostawiono w krypcie mój telefon komórkowy, nie zdziwcie się więc, drodzy Przyjaciele, jeżeli którejś nocy zadzwoni do was Staś z zaświatów.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCiekawostki ślubne z Łodzi
Następny artykułBronisława Wilimowska, pseud. Bronka
Stanisław Raczyński
Dr hab. Stanisław Raczyński ukończył studia na Wydziale Inżynierii Elektrycznej w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Następnie, w 1969 roku, obronił doktorat, a w 1977 uzyskał stopień doktora habilitowanego w obszarze teorii sterowania i metod optymalizacji. W 1964 podjął pracę w Instytucie Automatyki i Elektroniki Przemysłowej na tej samej uczelni. Następnie objął funkcję dyrektora Centrum Komputerowego AGH. W latach 1973-1976 podjął pracę naukową (researcher) w Międzynarodowej Grupie Badawczej w Moskwie, ZSRR. Od 1980 do 1983 brał udział w Europejskich Warsztatach w dziedzinie komputerowych systemów przemysłowych. W latach 1983-1986 był profesorem wizytującym na Uniwersytecie Narodowym w Meksyku. W 1986 roku podjął pracę na Uniwersytecie Panamerykańskim w Meksyku na Wydziale Inżynierii. Jego działalność dydaktyczna obejmuje kursy z zakresu teorii sterowania, elektroniki i symulacji komputerowej. W latach 1996-2000 i 2002-2004 objął stanowisko Międzynarodowego Dyrektora Towarzystwa Symulacji Komputerowej, następnie został międzynarodowym dyrektorem McLeod Institute for Simulation Sciences. Od 1996 roku jest członkiem National System of Researchers w Meksyku. W latach 1994-2003 był dyrektorem centrum meksykańskiego w McLeod Institute for Simulation Sciences. Napisał dwie książki o symulacji komputerowej. Na swoim koncie ma również ponad 70 artykułów i referatów opublikowanych w czasopismach i materiałach pokonferencyjnych. Jest znanym klarnecistą jazzowym. Obecnie współpracuje z grupami bluesowymi w Meksyku, występuje również na koncertach bluesowych w Kalifornii i na Florydzie, USA.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here