Albania. Piękne plaże i… obrazy koczujących uchodźców

0
24

W swoją kolejną podróż wybrałem się do Albanii. Była to dosyć męcząca kilkunastogodzinna podróż. Na dodatek na granicy węgiersko-serbskiej staliśmy prawie 6 godzin…

Po przekroczeniu tej granicy, już po stronie Serbii, natknęliśmy się na nietypowy dla nas widok – obraz koczujących uchodźców. Szósta rano, chyba zero stopni, a oni śpią pod kocami na gołej ziemi. Zrobiłem kilka zdjęć, ale dyskretnie, by ich nie urazić. Smutne to, ale prawdziwe. Ale, jak to mówią Francuzi, c’est la vie. Takie jest niestety życie. To był dla mnie przejmujący widok.  Dzisiaj przeczytałem w Internecie, że papież Franciszek porównał św. Józefa i Maryję do uchodźców. Prosi o ich przyjmowanie. A my w Polsce? W kraju chrześcijańskim? Słynącym kiedyś z tolerancji, gościnności, chlubiącym się tymi cechami! Wydaje mi się, że poprzez „dobrą zmianę”, i nie tylko, pogubiliśmy się w prawdziwie ludzkich – nie mówiąc już o chrześcijańskich – wartościach czy postawach. Nie wiem jak to nazwać! Jeśli nacjonaliści, „narodowościowcy”, ba, nawet kibole, stali się „ostoją” czy „barykadą” dobrej zmiany polskiej polityki, to według mnie jest to chore. Chore!

Ale lepiej wróćmy do wspomnień z wyprawy do Albanii. Po wielogodzinnej podróży dotarliśmy do Skopje w Macedonii. Był tam nocleg, a potem zwiedzanie stolicy. Byłem już kiedyś w Skopje, w 2011 r., gdy wracaliśmy z Grecji. Ale to trwało jakieś 1-1,5 godziny. Natomiast w tym roku mieliśmy okazję, by dłużej pozwiedzać to miasto. Muszę przyznać, że ono mnie po prostu zauroczyło. Zawsze po wszystkich swoich podróżach, i to zaraz po powrocie, wgrywam na komputer swoje zdjęcia. Potem na ich podstawie tworzę prezentacje z podkładem muzycznym. Często też wracam do tych prezentacji. Nie dlatego, że są moje. Spodobało mi się to miasto, nazwałem je miastem tysiąca pomników. Szkoda, że w „Przeglądzie” nie można pokazać ich wszystkich! Ucieszył mnie fakt, że mieliśmy 2 godziny na wolne, swobodne zwiedzanie tego miasta. Chodziłem więc z aparatem fotograficznym, niczym urzeczony. Tak wiele chciałem sfotografować.

Ale wrócę na chwilę do tragicznego okresu w historii tego miasta, do 1963 roku. Wtedy to miasto dotknęło trzęsienie ziemi, które spowodowało zniszczenie prawie 75% jego zabudowy. Zginęło blisko 1070 osób,  a, według danych, 3-4 tys. odniosło obrażenia. Ale dzięki dotacjom miasto znów odżyło. Powtórzę się, że mnie zauroczyło! Zwłaszcza ilością pomników. Ale nie tylko. Także nowoczesna architektura, pomysły modernizacyjne mogą przyciągać wzrok każdego turysty. Mieliśmy też okazję do zwiedzenia muzeum Matki Teresy z Kalkuty, nazywanej po macedońsku „Majka Tereza”. Zobaczyliśmy wiele ciekawych eksponatów. Każdy z nas przeżywał to po swojemu.

Następnym etapem był wyjazd nad Jezioro Ochrydzkie na pograniczu Macedonii i Albanii o powierzchni prawie 358 km². Przepiękne widoki. Jezioro Ochrydzkie wraz z otaczającym je regionem jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO od 1979 roku. Nam spodobała się bardzo cerkiew św. Jana Teologa w Kaneo. Na brzegach jeziora zachowało się wiele zabytków przeszłości.

A później był przejazd do Albanii. Dość ciekawy, nawet nie w sensie oczekiwania, jak to było na granicy węgierskiej. Ale po raz pierwszy spotkałem się z sytuacją, że jeden z kierowców robił w autokarze kawę. No niby nic dziwnego. A na pytanie: dla kogo to robisz? – odpowiedział, że celnik sobie zażyczył. To było po stronie macedońskiej. Ale, by było ciekawiej czy śmieszniej, po stronie albańskiej celnicy zażyczyli sobie 2 kawy.

Po tych kawowych, nazwijmy to przygodach, wjechaliśmy na teren Albanii. Jadąc do Albanii, każdy z nas miał jakieś wyobrażenia o tym kraju. Głównie dotyczące polityki, biedoty, zacofania. I rzeczywiście. Początkowe spotkanie z tym krajem było potwierdzeniem stereotypu o tym kraju. Na pierwszej stacji benzynowej, zaraz na granicy, zobaczyliśmy pozostałości  bunkrów. Kilka z ponad pół miliona (!) budowanych od 1971 r. jako forma obrony przed zagranicznym zagrożeniem. Należy dodać, że w tym okresie Albania odizolowała się zupełnie od świata. Po „związku” z sowietami nastała chwilowa euforia kontaktami z Chinami. A później po rezygnacji z kontaktów z krajem środka pozostała jedynie całkowita samoizolacja.

Wjechaliśmy na teren Albanii późnym popołudniem. Mieliśmy do przejechania sporo kilometrów. I byłem zaskoczony. Było to jakby potwierdzenie naszych wyobrażeń o zacofanej, siermiężnej Albanii. Mijaliśmy wiele wiosek, miasteczek, miast. I to co mnie osobiście zdziwiło, to była… ciemność. Jedziemy przez jakieś miasto, jest blok, a w nim światło tylko w jednym mieszkaniu. A nie były to godziny po północy! Pomyślałem sobie: „do jakiego kraju wjechaliśmy!”. Niewiele widzieliśmy po drodze, gdyż było już ciemno. Z powodu tych „egipskich ciemności” nie było możliwości dokładniejszej obserwacji. Ale, dziwne dla nas było to, co udało się nam zobaczyć. I trochę jakby przerażające. Jakieś dziwne resztki budowli, opustoszałe fabryki, zakłady.

Ale nasze miejsce docelowe, hotel w kurorcie Durres zaskoczył nas bardzo pozytywnie. Miasto pełne oświetlonych hoteli, neonów, ekskluzywnych sklepów, galerii. To nie ta Albania, o której mieliśmy swoje zadawnione wyobrażenia. Były to więc, czy są to dwa różne światy, różniące się od siebie. To miasto, drugie co do wielkości po Tiranie, stolicy kraju, niewiele różni się od ośrodków wypoczynkowych w Chorwacji czy Grecji. Ponieważ w poprzednich latach byłem w tych krajach, miałem więc możliwość porównań.

A teraz pora opowiedzieć trochę o tym mieście. Nazywają go różnie: Durres, Durrës, Durrësi. To kurortowe miasto jest położone nad Adriatykiem, w odległości mniej więcej 40 km od stolicy. Historia założenia tego miasta sięga 625 roku p.n.e. Co ciekawe, łacińska jego nazwa to Dyrrachium. A pochodzi ona mniej więcej od 220 r. p.n.e., kiedy to miasto przejęli Rzymianie. Szybko stało się dla nich ważną bazą przeładunkową dla legionów rzymskich na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Historia tego miasta jest ciekawa. Było m.in. w posiadaniu sycylijskich Normanów, w 1366 r. miasto zdobyli Serbowie, a od roku 1466 było kilkakrotnie oblegane przez Turków osmańskich. W końcu udało się im podbić to miasto i włączyć je do Imperium Osmańskiego. Po odzyskaniu niepodległości 7 marca 1913 r. Durrës stało się tymczasową stolicą Albanii. Dodam jeszcze, by nie zanudzać informacjami historycznymi, że to najważniejszy port tego kraju. Ale, jeszcze coś dodam. Na początku lat 90. XX wieku miały tu miejsce duże niepokoje społeczne, które doprowadziły do ucieczek drogą morską do Włoch. Natomiast podczas wojny w Kosowie w 1999 r. swoje schronienie znalazło w  Durrës prawie 100 tysięcy uciekinierów.

A wracając do mojego spotkania z tym miastem-kurortem. Zauroczyło mnie. Chodziłem z aparatem fotograficznym i uwieczniałem widoki jakże licznych hoteli, bloków mieszkalnych. Po powrocie do domu, po posegregowaniu zdjęć z Albanii, na ich bazie przygotowałem kilkanaście prezentacji z tego kraju. I chętnie do nich wracam!

Mieszkaliśmy w hotelu niedaleko (50 m) od plaży. Dodatkową zaletą był widok z balkonu na plażę i morze. Sporym mankamentem w tym mieście są wąskie uliczki, zatłoczone dodatkowo parkującymi jeden obok drugiego samochodami mieszkańców. Mieliśmy duży problem na początku, by podjechać pod hotel. Nie udało się. Musieliśmy szybko wysiadać z autokaru, by potem przejść kilkaset metrów z bagażami do hotelu.

Ale późniejsze widoki morza, plaży, hoteli, pozwoliły zapomnieć o tej niedogodności. Spodobała mi się ta piaszczysta plaża. Piaszczysta i…czysta. Naprawdę. Na plaży były kosze na śmieci, a pod wieczór podjeżdżał samochód i opróżniał je. Porównałem ją sobie z plażą w Leptokarii w Grecji (w 2015 r.). Tam było sporo nieczystości, wałęsających się psów, niedopałków na każdym prawie miejscu. Chociaż zaletą pływania tam, a lubię pływać w ciepłych morzach, była przezroczysta woda. Może nie przy samym brzegu, gdzie jest sporo kąpiących się ludzi, głównie dzieci, ale już kilkanaście metrów dalej można było, pływając, spokojnie oglądać dno morza. Natomiast w Durrës plaża była czysta, ale woda już nie za bardzo. Na dodatek dla mnie, lubiącego pływać, pewnym utrudnieniem było dojście do głębszej wody. Musiałem wchodzić ponad 200 m w morze, by móc swobodnie popływać. Ale to też miało swój urok.

Chciałbym teraz opowiedzieć krótko o innym miejscu w Albanii, które odwiedziliśmy. To miasto Berat położone w środkowej Albanii nad rzeką Osum. Nazywane jest miastem „tysiąca okien” ze względu na położenie na stoku wzgórza i domami z dużą ilością okien. Zauroczyło mnie to miejsce swoim położeniem i tymi domami z taką ilością okien. Warto dodać, że w 2005 r. Berat znalazł się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Ciekawa jest historia zmian nazw tego miasta. Najpierw, w II w p.n.e, zdobyte przez Rzymian zostało nazwane Antipatrea. W czasie panowania bizantyjskiego otrzymało nazwę Pulcheriopolis. Gdy w IX wieku miasto zdobyły wojska bułgarskie, zmieniono jego nazwę na Beligrad, czyli „Białe miasto”. Mieliśmy kilka godzin wolnego czasu, dla siebie, więc wykorzystałem go na spacer po tym urokliwym mieście z aparatem w dłoni. I porobiłem sporo ciekawych zdjęć. A prezentację z tych zdjęć oglądam bardzo często, wracając wspomnieniami do tych widoków i wizualnych przeżyć. Zresztą podobnie jak do innych, nie tylko z Albanii, ale też do pięknego Skopje w Macedonii.

A teraz trochę refleksji i informacji o stolicy tego kraju, Tiranie. To nie jest duże miasto. Większość hoteli, barów, restauracji, skupiona jest w okolicach słynnego placu Skanderbega. To ciekawe serce tego miasta. Plac ma rozmiar 20 tys. m². Zaś w centrum tego placu jest 11. metrowy pomnik Skanderbega na koniu, a nad nim powiewa flaga Albanii. Należy dodać, że pomnik ten odsłonięto w 1968 r. dokładnie w 500. rocznicę śmierci  bohatera.

Może kilka słów o nim. Właściwie nazywał się Gjergj Kastrioti Skënderbeu, a po polsku Jerzy Kastriota. Urodził się w 1405 r. w Krui (o niej opowiem później), a zmarł w 1468 r. Uważany jest za bohatera narodowego, albańskiego przywódcę w walce o niepodległość, powstańca. A teraz trochę ciekawostek. Wolter uznał, że Bizancjum przetrwałoby, gdyby miało takiego dowódcę jak Skanderbeg. Także poeci i kompozytorzy czerpali swoje inspiracje z jego powstańczej kariery. Można podać konkretne przykłady. Poeta francuski z XVI wieku, Ronsard, napisał o nim poemat. Zresztą podobnie uczynił to w XIX wieku amerykański poeta Wadsworth Longfellow. Ale to nie koniec ciekawostek. Antonio Vivaldi skomponował operę, którą zatytułował „Skanderbeg”.

Jest on dziś najsłynniejszym bohaterem narodowym Albanii. Na cześć tego wielkiego bohatera powstało wiele muzeów i pomników. A najważniejsze muzeum poświęcone temu bohaterowi albańskiemu powstało w Krui. Jego walka przeciwko Turkom osmańskim była i jest symbolem jedności narodowej dla Albańczyków. A później Skanderbeg był inspiracją do powstania nowego państwa albańskiego. I kolejna ciekawostka związana z tym albańskim bohaterem. Prawie każdy turysta wracając do kraju, kupuje i przywozi do domu koniak produkowany z winogron o nazwie Skënderbeu (Skanderbeg). Tę markę Skënderbeu wprowadzono w 1967 r. W czasach zimnej wojny to był jeden z bardziej popularnych towarów eksportowych do państw Europy Wschodniej. Chyba każdy z nas kupił dla siebie czy znajomych taką „pamiątkę”. Ja nie byłem wyjątkiem. Nie powiem, żeby to była jakaś rewelacja. Po skosztowaniu kieliszeczka, wolałem jednak wersję drinkową, np. z colą.

A teraz zapraszam do Krujë (Kruja). To miasto jest położone 30 km od Tirany, na wysokości 600 m n.p.m. Nazwa tego miejsca wywodzi się od słowa „krua”, które oznacza „źródło”. Jego mieszkańcy nazywają siebie krutonë albo krotonë. Według informacji ze źródeł bizantyjskich, pierwsze wzmianki o tym mieście pochodzą z IX wieku. Najważniejszymi zabytkami są oczywiście żółty zamek, w którym znajduje się Muzeum Skanderbega. Niektórzy mówią, że ten zamek to nie zabytek, bo to przecież współczesna rekonstrukcja. Historyczną wartość mają jedynie część pozostałych murów i górująca wieża. Zaś w Muzeum Skanderbega znajduje się dużo zabytków związanych z tym albańskim bohaterem narodowym. Ale oprócz tego są tam mapy, oryginalne dokumenty czy bibliografie.

Aby dojść do zamku, każdy turysta powinien „zaliczyć” drewniany turecki bazar (suk). Jest tam obecnie około 30 sklepików z lokalnymi wyrobami, pamiątkami. Kiedyś bazar rozciągał się aż do samego zamku. Wtedy było na nim prawie 150 sklepów. Ale i teraz przy tych 30 stoiskach sprzedawcy prześcigają się, by zaprosić do swojego sklepiku, namówić do kupna. A zachętą jest zwyczajowy kieliszeczek koniaku, oczywiście Skanderbega. Nie zdziwiło mnie specjalnie, że to zachęcanie odbywało się też po polsku. Jeśli w Meksyku słyszałem zachęty typu: „taniej niż w Biedronce”, „może później pan kupi”, więc i tutaj się nie zdziwiłem!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here